Właściwie po co mielibyśmy inwestować w kulturę? Idea może i piękna, ale co jeśli stracę? Są sprawdzone sposoby, może lepiej zostać przy nich, a kulturze dajmy święty spokój.
A jednak… z jakiegoś powodu na świecie dzieją się wydarzenia kulturalne, które przyciągają tłumy. Takie, w które warto inwestować, a nawet takie, które generują duże zyski. W Polsce wciąż preferujemy dotowanie akcji organizowanych przez duże ośrodki takie jak Filharmonia Narodowa, czy Teatr Wielki co oczywiście również wpisuje się w pewne światowe trendy, jednak siła rażenia tych przedsięwzięć nie dla wszystkich będzie zadowalająca. Rodzi się zatem pytanie, co jest tak naprawdę potrzebne, żeby na sponsoringu kulturalnym można było realnie skorzystać? Spójrzmy przez chwilę, co dzieje się na tym polu za granicami Polski, jest bowiem co najmniej kilka eventów, których możemy pozazdrościć.
Zanim ruszymy się z miejsca zajrzyjmy jeszcze na chwilę do Internetu. Strona Instytutu Francuskiego, a na niej aż roi się od kultury we wszystkich odcieniach. Jest jazz, jest hiphop, może być i techno, ale jednocześnie muzyka klasyczna, taniec każdej maści, wystawy plastyczne, literatura. Wszystko kwitnie. Zazdrość budzi się i sączy do mózgu nie wiedzieć kiedy, a wraz z nią pojawia się pytanie. Czemu?
Nic prostszego, z prawej strony, na widoku duży stempel „Dołącz do Klubu Mecenasów Kultury”. Oczywiście kultury francuskiej. We Francji jest to po prostu trendy. Jeden z polskich kompozytorów współczesnych pytał ostatnio na łamach Ruchu Muzycznego „Czyjego narodu jest to filharmonia?” mając oczywiście na myśli Filharmonię Narodową w Warszawie. Skoro Francuzi tak pieczołowicie dbają o rozwój rodzimej kultury, czemu Polacy zamiast czerpać z tego źródła bez dna świadomie rezygnują ze złotej kury? Czy jest dziedzina, która może dostarczyć taką różnorodność przeżyć jak połączone siły różnych dziedzin sztuki, z muzyką i jej oddziaływaniem na ludzką podświadomość i emocje w roli głównej?
Ale na tym nie koniec. Niszowy inwestor niech sponsoruje niszowe sprawy. Pchana nieodpartą ciekawością szukam dalej. Klikam w link, a tam… Chyba śnię! Sieci hipermarketów, koncerny samochodowe, banki… Jakim cudem im się to opłaca?!
Przyznam szczerze, że mam na ten temat pewną koncepcję. Tak, czy inaczej, do Francji wrócimy jeszcze na koniec, a teraz szukajmy dalej.
Nasi bliscy sąsiedzi – Niemcy. Strona Ambasady – „Kultura i Oświata”. Na stronie głównej! I to usytuowana bezpośrednio za gospodarką… Zastanawiające prawda? Nie wszędzie oczywiście znajdziemy takie deklaracje, choć w większości krajów rozwiniętych kulturą się liczy, jednak są wśród nich takie, których polityka wyraźnie traktuje sprawy kultury bardzo poważnie – Niemcy i Francja, to niewątpliwie pionierzy w tej dziedzinie. I nawet przy wielkiej dawce naiwności, nie wydaje mi się, żeby kierował nimi sentyment, czy zwykły idealizm. W świecie jest dzisiaj właściwie tylko jedno kryterium, które wyznacza trendy i mówi co jest, a co nie jest w danej chwili istotne – opłacalność.
Oczywiście możemy mówić o długofalowych skutkach inwestowania w kulturę i sztukę. O kształtowaniu wrażliwości społeczeństw, narodowej tożsamości, wysublimowanego gustu odbiorcy towarów, czy usług, i kształtowaniu jego wyższych potrzeb itp. Ale prawda jest taka, że tam, gdzie na kulturę są przeznaczane określone i najczęściej niemałe pieniądze organizatorzy dwoją się i troją, prześcigając się w coraz ciekawszych pomysłach. Tym, co sprawia, że kultura jest opłacalna, jest forma w jakiej się ją podaje. Dziś już nie wystarczy zorganizować koncert. Hochsztaplerzy, którzy przychodzą prosić o środki tego typu przedsięwzięć nie powinni dziwić się odmowom. Forma w jaką ubierzemy kulturę przesądza niejednokrotnie o powodzeniu lub porażce przedsięwzięcia. Powrócę zatem do naszej podstawowej wątpliwości. Czy nie lepiej inwestować w sprawdzone? Oczywiście i jak najbardziej. Problem polega na tym, że kultura sprawdziła się fantastycznie w wielu krajach Europejskich i na świecie, a co za tym idzie, jedyne co nam pozostaje, to czerpać z dobrych wzorców. Są też jeszcze pewne bonusy wynikające z mecenatu kulturalnego akurat w naszym kraju, ale o tym za chwilę.
Wróćmy do Niemiec. Jest to niewątpliwie kraj z ogromnymi tradycjami w dziedzinie sztuki. Mówiąc o muzyce przywołujemy zwykle ducha Bacha i Wagnera, a w nawiązaniu do współczesności szkołę darmstadzką i Stockhausena, a także niekwestionowaną, choć ostatnio wyjątkowo kontrowersyjną gwiazdą muzyki filmowej – Hansa Zimmera.
Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. W Niemczech rozwinięte jest przede wszystkim amatorskie muzykowanie (niemożliwe bez odpowiedniego dotowania kultury), dlatego opłaca się robić koncerty dla tzw. „zwykłych ludzi”. To, co w Polsce kwitowane jest w najlepszym wypadku kwaśnym uśmiechem, w Niemczech funkcjonuje znakomicie i przynosi organizatorom rozgłos co najmniej taki, jak nasze „wielkie” festiwale piosenki popularnej, na które wydaje się grube pieniądze, a które przecież niewiele mają wspólnego z artyzmem. Wyobraźmy sobie przez chwilę scenę w Sopocie. Dookoła połacie ziemi całe wypełnione ludźmi, na środku ogromny namiot, a na scenie pod nim… orkiestra symfoniczna. Właśnie tak występowali Symfonicy Berlińscy, pod batutą najlepszych dyrygentów wykonując dzieła muzyki klasycznej przed najzwyklejszym odbiorcą, który – i to nie żart – przybywał tłumnie. Tego typu koncerty odbywały się w samym Berlinie! Jakoś trudno mi sobie wyobrazić podobną inicjatywę przed Pałacem Kultury, ale na pewno nie przeszłaby niezauważona.
Możliwe jest zatem dotarcie do „masowego odbiorcy”, ale czy można ze sztuką przebić się do młodych? Kolejny obraz – zwykła, rejonowa szkoła. Dzieciaki zbuntowane na cały świat. Wiadomo – papieroski, dragi, prawo dżungli. I na tym gruncie powstaje… Święto Wiosny Igora Strawińskiego! O tej głośnej sprawie większość z nas prawdopodobnie słyszała. Jeśli jednak kogoś to ominęło śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż w 2004 r światowej sławy dyrygent Simon Rattle, wraz z orkiestrą Berliner Philharmoniker przeprowadził projekt, w który zaangażowano 250 młodych ludzi, tzw. trudnej młodzieży. Po ciężkiej, intensywnej pracy dzieci wystąpiły w niesamowitej inscenizacji kultowego dzieła Strawińskiego. Wydano również film „Rytm, to jest to!” . Było to wydarzenie bez precedensu.
Co jeszcze?
Proszę bardzo – Belgia. Tam znakomitym, niezastąpionym mecenasem kultury jest sama Królowa Elżbieta. Konkurs pod jej patronatem odbywa się co roku w innej dyscyplinie. I znów zastanówmy się chwilę. Mamy przecież Konkurs Chopinowski. Wielka rzecz. Sponsorów też nie trudno znaleźć. Mamy Warszawską Jesień – podobnie, zwykle budżet obejmuje kilka milionów złotych, ale… Czy nie byłoby nieco bardziej opłacalne zainwestować w wydarzenie, które wykorzystuje pewien niezastąpiony szczegół – Młodość – to słowo wytrych leży niemal zupełnie odłogiem jeśli rozejrzymy się po rodzimym podwórku. Queen Elisabeth Competition pomyślany jest interaktywnie – wykonawcy rywalizują ze sobą odtwarzając utwory zwycięzców edycji kompozytorskiej, czasem solo, czasem w zespole, czasem z orkiestrą. Formuła konkursu jest stała, ale jej zewnętrzna forma zmienia się jak w kalejdoskopie. Co roku widz styka się z czymś świeżym, z czymś nowym. Nie wiem jak Państwo, ale ja się nie dziwię – to się po prostu musi opłacać.
Inne przykłady możemy mnożyć. Holandia – Gaudeamus Muziek Week (http://www.muziekcentrumnederland.nl/en/contemporary/news/article/artikel/3203/). Teneryfa – Fimucite (http://www.fimucite.com/f3_2009/) Bayreuth – festiwal muzyki Wagnera (http://www.bayreuther-festspiele.de/).
Ostatnim elementem tej układanki niech będzie sztuka synkretyczna. Wspominałam o festiwalu filmowym na Teneryfie (nota bene podobne inicjatywy jak choćby festiwal filmowy organizowany od 2008 r. w Krakowie już zebrały ogromne rzesze fanów, a inwestowanie w nie staje się coraz bardziej łakomym kąskiem). W Koloni odbył się w listopadzie 2009 konkurs na soundtrack połączony z kursem kompozytorskim, który poprowadził jeden z gwiazdorów Hollywoodzkiej muzyki filmowej – John Frizzel. Natomiast w Stanach Zjednoczonych Ameryki, kwitnie przemysł filmowy, a wraz z nim rozwijają się najdziksze nawet pomysły kompozytorskie (dla przykładu w orkiestrze symfonicznej najczęściej zobaczymy 4 waltornie, a chociażby w muzyce do „Final Fantasy” Elliot Goldenthall miał do dyspozycji aż 16 waltorni!). Czy wciąż dziwimy się, w jaki sposób za granicą zdobywa się odbiorców?
Jako wisienkę na torcie możemy jeszcze dołożyć pozytywny snobizm. W Polsce nadajemy imiona zasłużonych umarłych pojedynczym salom w Akademiach Muzycznych. A np. w Stanach biznesmeni biją się (dosłownie) o możliwość wysponsorowania budowy nowych budynków, oczywiście później noszących imiona fundatorów. Jesteśmy w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której rektor Uniwersytety Muzycznego zastanawia się komu pozwoli sponsorować budowę opery dla uczelni, jak to ma miejsce obecnie w North West University?
Można powiedzieć – no tak, też bym chętnie dotował Julliard School of Music, czy University of Chicago. Warto jednak zdać sobie sprawę z dwóch aspektów – w Polsce inwestować jest póki co i łatwiej i taniej, a jeśli wybierze się odpowiednio ciekawe inicjatywy, może się też okazać, że bardziej opłacalnie. W gąszczu szarości i wciąż deficytu interesujących pomysłów na kulturę – tego typu inicjatywa na pewno nie pozostanie bez echa.
Pytanie o poprawę bytowania poprzez kulturę można jeszcze podsycić powołując się na raport Unesco na temat jakości życia w poszczególnych krajach[1]. Jak się okazuje najlepiej żyje się we Fracji, w której również sytuacja w sferze kultury zyskała niemal najwyższą notę. Dziwnym zbiegiem okoliczności kraje takie jak Niemcy, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Japonia itp. wypadły o niebo lepiej niż Polska, ale uwaga, również lepiej niż Grecja, w której kultura stoi nawet gorzej niż u nas. Wnioski oczywiście możemy wyciągać dowolne, ale jeśli w krajach gospodarczo pozostających w lepszej sytuacji niż Polska kultura jest jednych z ważniejszych elementów życia politycznego, społecznego, a nawet finansowego, być może powinniśmy zastanowić się czy nie jest to co najmniej ciekawa nisza dla sponsora, który chce zbudować rozpoznawalną markę.
Maria Peryt
[1] http://www.il-ireland.com/il/qofl2009