Z Elżbietą Stanhope, artystką ceramikiem, rozmawia Marta Sztokfisz
20 maja otwarcie Twojej wystawy w pięknym dworze w Pęcicach. „Jam dwór polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie" - głosi napis na ryzalicie frontowym elewacji . Wokół rozciąga się park
krajobrazowy z 9-hektarowym stawem. To była rodowa posiadłość Marylskich – Twoich dziadków, rodziców – patriotów obdarzonych wieloma talentami. Dlaczego więc i kiedy wyemigrowałaś?
Doceniasz napis? Wyrył go mój dziadek, Antoni Marylski, po pierwszej wojnie światowej, kiedy odbudował Pęcice zrujnowane przez wojska rosyjskie i niemieckie. Nasza rodzina i cała wieś ocalały dzięki głębokim, obszernym piwnicom. W czasie drugiej wojny również były bezpiecznym schronieniem.
Wyjechałam z Polski w latach sześćdziesiątych, zmęczona tamtym ustrojem, przesłuchaniami w Pałacu Mostowskich, brakiem wolności.
Działałaś w opozycji? Trudno uwierzyć, bo wydajesz się być kobietą zabawy, a nie walki.
Wszystko przez moje upodobanie do dobrego towarzystwa, do zabawy. Bywałam gościem na przyjęciach w ambasadach brytyjskiej i francuskiej. I za to mnie ciągano. Nie wtajemniczając rodziców w plany, skorzystałam z możliwości wyjazdu do Anglii, gdzie poczułam się doskonale. W owych latach Londyn bawił się i cieszył, a ja wraz z jego mieszkańcami.
Prosto z Pęcic trafiłaś do rozbawionego Londynu?
Niezupełnie. Po wojnie wygnała nas z Pęcic reforma rolna. Zamieszkaliśmy z rodzicami i dwiema siostrami na Saskiej Kępie - w dwóch kawalerkach, które papa – malarz portrecista - dostał od tworzącego się Związku Artystów. Było biednie, ale wesoło, serdecznie. Radziliśmy sobie, jak kto umiał. Podczas studiów pracowałam u Metodystów, uczyłam angielskiego i tak się usamodzielniłam.
Nauczycielką zostałaś z konieczności, bo w Wielkiej Brytanii trudno się utrzymać z malarstwa, garncarstwa?
Wylądowałam w Wielkiej Brytanii z dwudziestoma dolarami w kieszeni, a ponieważ z czegoś trzeba żyć, uczyłam języka polskiego dyplomatów i handlowców szykujących się do pracy w naszych placówkach. Za audycje o literaturze w radiu BBC kupiłam pierwszy piec do wypalania gliny i perły barokowe – nieregularne. Pracuję w nich całe życie, bo mnie rozświetlają, rozpraszają mrok.
Dobre pochodzenie dostaje się jak posag. Ciekawe, czy w Anglii miało znaczenie, w czymś pomogło, przetarło emigracyjną ścieżkę?
Jest atutem, nie ma co się oszukiwać. Znajomości w Polsce m.in. list polecający od sir Eric Berthoud – byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, pomogły mi wejść w dobre kręgi. Z językiem nie miałam problemu, ponieważ skończyłam filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim.
Co Cię kształtowało jako artystkę, co teraz Cię inspiruje?
Dom, rodzice. Obydwoje byli artystami i pięknymi ludźmi, co też miało znaczenie, ponieważ jestem estetką. Do niczego mnie nie zmuszali, byli tolerancyjni, obdarzeni polotem. Mama, zdolniejsza od papy, po ślubie zajęła się domem i córkami. Po wojnie papa z trudem utrzymywał rodzinę ze sprzedaży obrazów, ale dawał mi poczucie wolność, akceptacji, rozumiał brak talentu do matematyki, rozbudzał wrażliwość na sztukę.
Twoja ceramika jest radosna. Wazy, talerze są w żywych, mocnych kolorach. Czyje wnętrza zdobią, kto się nimi cieszy?
Myślisz chyba, że są dekoracją w arystokratycznych posiadłościach? Kilka tak, ale większość sprzedaję przy okazji wystaw. Moje prace kupują również znajomi, niektóre rozdaję przyjaciołom - także z Polski. Sprawdzę, czy są też w Laskach, które zakładał mój stryjek Antoni Marylski z Matką Elżbietą Czacką. Nigdy się nie ożenił. Z rewolucyjnej Rosji przedostał się do Polski i działał przez lata na rzecz niewidomych. Szukał Boga, znalazł go w Laskach. Tuż przed śmiercią dostał święcenia kapłańskie. Pamięć o nim jest wciąż żywa w tym wyjątkowym miejscu.
Przetrwały moje serdeczne związki z koleżankami z warszawskiego gimnazjum żeńskiego. Niedawno spotkałam Bessie Karską Radziwiłł. Pamięta mnie z balu u Czetwertyńskich w Aninie - w jednej łazience zrzuciłyśmy grube swetry i majtki, włożyłyśmy sukienki. To był pierwszy bal w maturalnej klasie na zaproszenie rodziców Czetwertyńskich, a przedtem składkowe prywatki. Skromne, ale bawiliśmy się wesoło .
Dlaczego zajęłaś się ceramiką artystyczną, a nie na przykład malarstwem – sztuką bardziej pasującą do damy z takim rodowodem?
Najpierw malowałam ikony – studiując najlepszy podręcznik z tej dziedziny, ale znużyła mnie hieratyczność, powtarzalność motywów: dzieciątko zawsze po prawej, kolory według kanonu, małe pole do inwencji. Kupiłam piec do wypalania ceramiki i poszybowałam ku wolności w sztuce.
Wielu artystów, np. Kossakowie, to Twoi antenaci. Geny dały o sobie znać.
Nie święci garnki lepią. Trzeba tylko rozwinąć zdolności, jakie dostaliśmy przy urodzeniu. Wielki wpływ ma na mnie natura. To widać po ornamentach na wazach, talerzach. W moim ogrodzie zobaczysz polskie kwiaty. Właśnie rozkwitły. Są fantastyczne, podobnie upaja mnie zapach ściętej trawy. Malują ją.
Z równą pasją tworzysz swoje dzieła, jak żyjesz?
Oczywiście, cieszę się wszystkim szaleńczo. Reaguję spontanicznie. Jestem optymistką, a ludzi i tę moją glinę wręcz kocham. To bardzo szlachetne medium. Kiedy odkryłam ceramikę, z podziwem spostrzegłam, jakie daje pole do rozwoju wyobraźni.
Wracasz do Pęcic jako artystka. Co czujesz?
Zatoczyłam krąg. Na chwilę wracam tutaj, do tego magicznego miejsca, gdzie spędziłam szczęśliwe dzieciństwo. Do wspomnień rodziców, zapachów, kolorów, nastrojów. Niezapomnianych.
Jakie prace pokażesz?
Pan Marek Jutkiewicz, właściciel dworu, zaprosił mnie do Polski i zorganizował wystawę oraz wydał towarzyszący jej katalog. Jestem wzruszona i wdzięczna mu za ten gest. Zapraszam wszystkich 20 maja. Pokażę kilkadziesiąt waz przygotowanych na tę okazję. Wiele motywów ozdobnych to inspiracja podróżami. Przez wiele lat wprost szaleńczo zwiedzaliśmy z mężem cudne zakątki Europy, Azji, obu Ameryk. Wystawię też talerze z ornamentami roślinnymi. A przede wszystkim będzie miłe towarzystwo z Polski i ze świata.
M.Sztokfisz