Jedno jest pewne: niedogodności związane z zaangażowaniem państwa w finansowanie kultury nie mogą być alibi dla wycofania się z tej roli.
Polityka państwa w sferze kultury jest kwestią wyboru, którego nie można uzasadnić ściśle obiektywnie. Można wprawdzie twierdzić kategorycznie, że „konsumpcja” usług instytucji wytwarzających treści kulturowe jest większa, gdy ich ceny są relatywnie niższe (a zatem dotacje – generalnie biorąc – sprzyjają upowszechnieniu kultury). Jednak już odpowiedź na pytanie, czy należy dążyć do większej konsumpcji usług kultury niżby to wynikało z prywatnego popytu, może być uzasadniona tylko hipotezą o szczególnych walorach „dóbr kultury”. Osobiście jestem skłonny tę hipotezę podzielać. Czytelnictwo książek, teatr, a także muzyka chyba rzeczywiście sprzyjają lepszemu rozumieniu przez ludzi otaczającego ich świata i kształtowaniu postaw nacechowanych empatią. To zaś sprzyja harmonijnemu współdziałaniu ludzi. Można oczekiwać, że lepiej funkcjonować będą mechanizmy demokratyczne, a w stosunkach między ludźmi będzie więcej solidarności, a mniej agresji. Można też mieć nadzieję na wzmocnienie „spójności narodowej”. To jest chyba generalnie korzystne dla rozwoju społeczno-gospodarczego. Dodatkowo, za wsparciem sfery kultury ze środków publicznych przemawia celowość uniezależnienia partycypacji w kulturze od sytuacji materialnej jednostek. Faktycznie, w rodzinach wielodzietnych dochód na członka rodziny jest z reguły niski, ale odcięcie tych ludzi od kultury barierą ekonomiczną byłoby też odcięciem ich od partycypacji w życiu społecznym – ze wszystkimi tego negatywnymi następstwami.
Ale zaangażowanie państwa we wspieranie kultury niesie też ryzyko. Po pierwsze, państwo może wykorzystać swoje zaangażowanie nie tyle do poszerzenia partycypacji obywateli w kulturze, co do ich indoktrynacji. W czasach komunistycznych doświadczyliśmy tego na szeroką skalę. Jest też ryzyko, że grupy uprzywilejowane ( w tym niektóre grupy twórców) przy okazji zaangażowania państwa we wspieranie kultury po prostu uzyskają ekstra korzyści – nawet kosztem niezaspokojenia bardziej elementarnych potrzeb.
Dylematów nie unikniemy. Trzeba poszukiwać polityki możliwie zrównoważonej. A ponieważ zmieniają się różne uwarunkowania, to nie można też przyjąć, że polityka kulturalna państwa może być trafnie określona raz na zawsze. Mam wrażenie, że dziś – mimo całego ryzyka – powinniśmy na wsparcie kultury przeznaczać większe środki. Tym bardziej, że nawet „większe środki” będą, na tle innych przedsięwzięć finansowanych przez państwo, środkami niewielkimi. Wsparcia wymagają przede wszystkim te dziedziny kultury, które są refleksją nad współczesną kondycją Polski i świata. Głównie literatura, kino i telewizja. Także dziedziny sprzyjające utrwaleniu „pamięci historycznej” – szczególnie zabytki i muzea. Jest oczywiście ważne by szafarze tych środków nie popierali „krewnych i znajomych królika”. Ale to nie znaczy, że pieniądze trzeba po prostu pozostawić w dyspozycji twórców. Niesie to ryzyko nie tylko marnotrawstwa, ale i produkcji „sztuki dla sztuki”. Odbiorcy – mimo ryzyka, że wybierać będą treści „ułatwione” – nie mogą być pozbawieni wpływu. Oni w jakimś (ale cząstkowym) zakresie powinni wybierać, głosując swoimi pieniędzmi – poza naprawdę nadzwyczajnymi przypadkami. Tak więc, wątpliwe jest zalecenie, by przedsięwzięcia kulturowe były finansowane przedmiotowo. To przecież oznacza, że urzędnicy/politycy decydują o rozpowszechnianych treściach. Mamy już chyba z tym trochę kłopotów. Bezpieczniejsze jest jednak finansowanie podmiotowe. Oczywiście pod warunkiem, że dany podmiot jakąś część pieniędzy skutecznie zarabia, co jest jednak niezawodnym znakiem, że działalność komuś służy.
Bezpiecznym i skutecznym wsparciem wydaje się też polityka podatkowa. Nie ma mocnych argumentów np. na rzecz obłożenia książek i czasopism (także produkcji filmowej) wysokimi podatkami pośrednimi. Stawka VAT-u powinna być tu niska. Ktoś może jednak powiedzieć, że może to być „dotacja” dla bardzo komercyjnych przedsięwzięć. To prawda, ale czy ta okoliczność powinna przesądzać o rezygnacji z preferencji? Nie sądzę. Raczej trzeba szukać możliwości ograniczenia negatywnych następstw – np. stosując preferencje tylko do wydawnictw niskonakładowych i/lub rezygnujących z dochodów z reklamy.
Ryszard Bugaj
źródło: www.kawamagazyn.pl