Wywiad z Jackiem Bartkiewiczem, Prezesem Zarządu Banku BGŻ.
Materiał powstał na podstawie rozmów towarzyszących realizacji projektu
BIZNES W OBIEKTYWIE - LIDERZY BANKOWOSCI, przeprowadzonych przez Fundacje COMMITMENT TO EUROPE arts & business oraz firmę doradczą Delloite.

W Pańskim przypadku bankowość to rodzinna tradycja.
Tak, choć początkowo chciałem robić coś innego niż rodzice, dlatego zająłem się pracą naukową. Ojciec od 1948 r. pracował w Banku Gospodarstwa Krajowego, a matka w banku centralnym. Zawsze w domu rozmawiało się o bankach i o sprawach skarbowych, ale mnie to mało interesowało.
Do czasu.
Po doktoracie szukałem możliwości sprawdzenia się w praktyce gospodarczej. Kolega skontaktował mnie z prezesem Marianem Rajczykiem z Banku Śląskiego. Początkowo zacząłem pracować jako jego asystent do kontaktów z bankiem centralnym. Po pół roku zaproponował, żebym zajął się organizacją warszawskiego oddziału, bo Bank Śląski, w wyniku podziału oddziałów po NBP, jako jedyny z dziewięciu wyodrębnionych wówczas banków komercyjnych, nie dostał żadnego oddziału w stolicy. Miał natomiast 36 oddziałów na Śląsku.
I udało się?
Miałem tremę przed tym zadaniem, dlatego skorzystałem z porad ojca, który w latach siedemdziesiątych był szefem departamentu skarbca emisyjnego w NBP. Udało się. W 1998 r. odpowiadałem za bankowość korporacyjną, najciekawszym projektem w tym zakresie było stworzenie 11 centrów korporacyjnych na terenie całego kraju.
Jednak wcześniej była prywatyzacja Banku Śląskiego.
Wielki sukces oferty – mój oddział przyjął 45 tys. aplikacji na akcje. A potem wielka redukcja i tysiące osób objęło tylko po trzy akcje. Nie mieliśmy systemów elektronicznych. Trzeba było błyskawicznie przygotować wypłatę wszystkich nadpłat ręcznie. Z główną księgową siedzieliśmy całą sobotę i niedzielę, stemplowaliśmy i podpisywaliśmy dyspozycje. Byłem nieżywy po tej robocie.
W 2002 roku został Pan prezesem BGŻ.
Wcześniej miałem krótki epizod w rządzie. W Ministerstwie Finansów nadzorowałem instytucje finansowe, gospodarkę narodową i rolnictwo. Nauczyłem się przeliczać kwintale zboża na półtusze wieprzowe i zawsze, jak była mowa o rolnictwie, byłem wzywany na Radę Ministrów. Odszedłem razem z moim ministrem, profesorem Markiem Belką i jesienią 2002 r. zostałem prezesem BGŻ. Ten bank był wówczas mniej więcej na tym etapie, co ING z początków lat dziewięćdziesiątych. System informatyczny dopiero testowano w Łowiczu.
Jaki miał Pan pomysł na ten bank?
Dałem sobie trzy lata na restrukturyzację i prywatyzację. Odświeżyliśmy kadrę menadżerską, niestety nie dało się bez bolesnych zwolnień grupowych. Zamroziliśmy na pewien czas akcję kredytową, by dobrze oszacować ryzyko i utworzyć rezerwy odpowiednie do ryzyka. Żeby znaleźć inwestora na podwyżkę kapitału, trzeba było mu pokazać, że jest szansa na sukces. Realizowaliśmy program naprawczy i musieliśmy ratować bank. Dostaliśmy dokapitalizowanie w postaci akcji TP SA i pożyczkę Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. W końcu udało się przekonać Rabobank, który wszedł jako inwestor strategiczny.
Czym wyróżnia się dziś BGŻ?
Chcemy być lokalnym partnerem społeczności małych i średnich miast w trzech liniach biznesowych: detal, agrobiznes oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. Pozyskujemy też lokalnych VIP-ów, mamy bankowość korporacyjną. Zamknęliśmy natomiast definitywnie bankowość inwestycyjną.
RODZINA RZECZ ŚWIĘTA
Co motywuje Pana do pracy?
Zawsze było to poczucie odpowiedzialności za najbliższych. Kiedyś, jak człowiek był młody, to brał na siebie dużo, żeby tylko utrzymać żonę i dwoje dzieci. Dziś nie muszę aż tyle pracować, dzieci są dorosłe i samodzielne, żona także jest businesswoman. Teraz motywuje mnie robienie tego, co lubię – podejmowanie decyzji, realizowanie planów, nowe wyzwania.
Także w weekend?
Skąd! Staram się utrzymywać równowagę między pracą a życiem osobistym i sądzę, że to mi się udaje. Jestem po pięćdziesiątce i muszę mieć w tygodniu dzień, dwa wolnego. Sobotę i niedzielę poświęcam swoim pasjom i rodzinie. Od pół roku moją szczególną pasją jest wnuczka.
A te inne pasje?
To przede wszystkim sport. W weekendy gram co najmniej cztery godziny w tenisa. Zimą obowiązkowo dwa tygodnie rezerwuję na jazdę na nartach. Letnie urlopy mogą dla mnie nie istnieć, bo nie lubię upałów i tego całego plażowania w słońcu. Dlatego jak podróże, to po półkuli północnej. Lubię czytać. Interesuję się historią dyplomacji i mam kolekcję książek poświęconą temu zagadnieniu.
Jakie postacie z tego obszaru są Panu szczególnie bliskie?
Ze współczesnych pasjonuje mnie postać Churchilla. Miał duży wpływ na to, co się stało na świecie. Słynni kardynałowie francuscy to też interesujące postaci w historii dyplomacji. Ale chyba najbardziej interesuje mnie historia papiestwa i Kościoła. Niektórzy nawet dziwią się, skąd tyle wiem na ten temat. Znam nazwiska wszystkich naszych biskupów diecezjalnych, obserwuję z uwagą politykę kadrową w Kościele. Sama organizacja kościelna jest perfekcyjna, przetrwała dwa tysiące lat, zawsze świetnie dostosowując się do skrajnie różnych warunków historycznych. Gdybym się urodził w innym kraju, pewnie byłbym kalwinem.
Ale urodził się Pan w komunistycznej Polsce.
Dlatego w latach 80. chciałem zmieniać partię. Miałem 26 lat i wierzyłem, że Polska się zmieni. Pracowałem w Akademii Nauk Społecznych, w grupie, która zajmowała się reformą gospodarczą. Analizowaliśmy doświadczenia jugosłowiańskie, węgierskie, bo w tamtej rzeczywistości te kraje wydawały się postępowe. W 1986 r. większość moich kolegów uważała przełamanie hegemonii ZSRR i odzyskanie niepodległości za niemożliwe. Mocno ewoluowałem.
W kierunku kapitalizmu?
Nie mogę powiedzieć, że jestem monetarystą czy liberałem w ujęciu Miltona Friedmana. Jakaś polityka społeczna w gospodarce rynkowej jest potrzebna. Wolałbym, żeby realizowano ją nie poprzez zasiłki, ale dając ludziom pracę. W Polsce tylko 1,8 procent podatników płaci najwyższe podatki. Ja też jestem w tej grupie, ale staram się wspierać potrzebujących. Mam dobre relacje z proboszczem, który skutecznie prowadzi działalność humanitarną. W BGŻ mamy fundację, która pomaga uzdolnionej młodzieży ze wsi i mniejszych ośrodków przez organizowanie dla nich w najlepszych liceach w kraju tzw. klas BGŻ. Mamy już 50 absolwentów, którzy z powodzeniem kontynuują naukę na studiach.
A nie potrzebuje Pan trochę luksusu dla siebie?
Dla mnie największy luksus to zdrowie. Tego się nie kupi. Luksus to możliwość swobodnego wyboru, jak spędzać wolny czas, gdzie mieszkać. W pewnym sensie to również ludzie – rodzina i przyjaciele – którzy są potrzebni, gdy człowiekowi jest źle i wtedy pomogą.
Autor zdjęć: Michał Bajora