Wejście do galerii

Świat dziwolągów promieniujący inaczej, czyli dlaczego warto inwestować w sztukę naiwną

Artykuł Ewy Kozakiewicz-Rynek Kapitałowy.

 Co do lokowania w sztukę naiwną, nieprofesjonalną, zdania są podzielone. Niektórzy znawcy mówią, że na rzeźbie ludowej czy obrazie samorodnego twórcy nigdy się nie straci. Tak, ale musi to być dzieło w tej kategorii na najwyższym poziomie, uznanego artysty. A o takie coraz trudniej, bo twórczość nieprofesjonalna stała się rzemiosłem.

Panie, po co to trzymać w domu? – mówią ludzie, którzy trafiają do mieszkania kolekcjonera. Ferdynand Kijak–Solowski opowiada, że za każdym razem, kiedy przychodzi ktoś nieznajomy, musi tłumaczyć się z posiadania „dziwolągów”. – Sztuka ludowa to ewenement, nie należy doszukiwać się czegoś wyrozumowanego. Jest w niej promieniowanie emocjonalne, wzrusza nas jak wszystko, co prawdomówne, a niedostępne dla wszystkich. I w tym jest jej wartość największa – twierdzi były aktor krakowskiego Teatru Bagatela i pasjonat sztuki ludowej. – Na rzeźbę naiwną mogę patrzeć bez końca, gładzić ją przez piętnaście minut i zachwycać się jaka jest wspaniała – mówi Jacek Łodziński, biznesmen i kolekcjoner. – Ale tak samo będę się cieszył pięknem klasycznej rzeźby sprzed dwustu czy trzystu lat, która wzbudza we mnie tylko szacunek, ale nie emocje. Te wyzwala uroda rzeźby ludowej. Nimi się zwykle kierowałem przy kupowaniu dzieł sztuki naiwnej, a nie ich wartością finansową. Nigdy to nie było lokowanie pieniędzy, ale nawiedzenie, pasja – wyznaje Łodziński. Zdaniem kolekcjonera sztuka naiwna w Polsce dawno już się skończyła. – Nie widzę obecnie nic autentycznego, szczerego, teraz to tylko rzemiosło. Sztuka ludowa uprzemysłowiła się – twierdzi Łodziński. – Może wyjątkiem jest Antoni Baran, rzeźbiarz z Opoczna – dodaje. Kolekcjonowaniem dzieł sztuki ludowej biznesmen krakowski zajął się u schyłku lat 70. XX w. Dopiero potem zrodził się boom na ten rodzaj twórczości. – Miałem szczęście, bo mogłem wtedy obcować z twórcami szczerymi, autentycznymi, którzy sprzedawali mi dzieła „spod serca” – wspomina kolekcjoner. – Teraz takich sytuacji już nie ma, a wartość sztuki naiwnej spadła nawet w środowiskach elitarnych na Zachodzie – mówi biznesmen.

Spotkanie z Wowrą Osobiste spotkania kolekcjonera z twórcą są wartością samą w sobie. Tak kontaktował się z bajecznym, kolorowym światem zaludnionym „dziwolągami” Ferdynand Kijak– Solowski. – Inspirowany przez prof. Tadeusza Seweryna aktor docierał bezpośrednio do nieznanych i niedocenionych jeszcze twórców ludowych. Zbierał ich dzieła z potrzeby serca, tylko dla siebie, przechowywał je latami we własnym mieszkaniu – mówi Maria Zachorowska, etnograf i była dyrektor Muzeum Etnograficznego w Krakowie.– Z każdego kąta w jego domu zawsze patrzyły na niego dziwne rzeźby i malowidła. Co świadczy, że to prawdziwa pasja. Gdyby było inaczej, nikt by w takim pomieszczeniu nie wytrzymał – opowiada Zachorowska, która zorganizowała w muzeum dwa lata temu wystawę „Cztery kąty Ferdynanda Kijak– Solowskiego. Świat aktora i kolekcjonera”. Ekspozycja ta po raz pierwszy ukazała dzieła sztuki naiwnej jednego kolekcjonera w otoczeniu stylizowanym na wnętrze mieszkania. Ale to dzieła były i są najważniejsze, a spotkania z twórcami czystego serca pozostawiają na zawsze ślad w pamięci. – Wowrę widziałem na odpuście w Kalwarii Zebrzydowskiej. Padał deszcz, stał pod dachem przy straganie, miał w ręce koszyk, a w nim parę drewnianych ptaszków malowanych – wspomina dziś Ferdynand Kijak–Solowski najwybitniejszego świątkarza beskidzkiego. – Mój ojciec, który zbierał figurki nie tylko drewniane, ale gipsowe, odpustowe, zapytał go, czy ma świątki. Odpowiedział: – Miołem, ale żem już sprzedoł! – Ojciec kupił od niego pozostałe dwa ptaszki, jednego mam do dzisiaj – wspomina aktor, wówczas niespełna dwunastolatek. Pamięta też, że zrobił wtedy Wowrze zdjęcie tanim aparacikiem i po wielu latach negatyw ten ofiarował Muzeum Etnograficznemu w Krakowie. To jedno z niewielu istniejących zdjęć najsłynniejszego polskiego rzeźbiarza ludowego z Gorzenia Dolnego pod Wadowicami. Odkrytego i rozsławionego przez pisarza Emila Zegadłowicza, który pisał o artyście: „Nie wiadomo skąd się wzion...”. Spotkanie dwunastolatka miało w dorosłym życiu ciąg dalszy. Poszukiwał znów kontaktu z twórcą, jednak kiedy dotarł do Gorzenia, Wowro już nie żył. Ale i tak kolekcjonerowi udało się zdobyć niemalowaną figurę świętego Józefa z Dzieciątkiem.

Moda minęła, ceny stoją w miejscu – Moda na sztukę ludową „siadła”, a Art. Brut jest tylko dla koneserów – twierdzi Leszek Macak, najwybitniejszy kolekcjoner i mecenas sztuki naiwnej w Polsce, prowadzący od siedmiu lat „Galerie d’Art Naif ” na krakowskim Kazimierzu. Jego znakomita kolekcja powstawała w ciągu ostatnich trzydziestu pięciu lat, a gromadzenie dzieł nie polegało tylko na zakupie obiektów do zbioru. Prawnik z wykształcenia, kolekcjonowaniem zainteresował się w Bukowinie Tatrzańskiej odwiedzając Bronka Cukiera, który zdobił góralską chałupę obrazami na szkle malowanymi. We własnym domu adwokat zaczął na ścianach rzędami wieszać malowane na szkle obrazy współczesnych, żyjących wówczas bukowińskich artystów: Eweliny Pęksowej, Zofii Rój-Gąsienicy, Zdzisława Walczaka. Zebrał tak 200 malunków, a przy okazji zachwycił się innymi obiektami, które zobaczył w ludowych izbach. Stare skrzynie, rzeźbione kapliczki i anioły wkroczyły do jego krakowskiego świata. Aby zdobyć upatrzone obiekty kolekcjoner cierpliwie zabiegał o nie, jeździł po wsiach, pomagał twórcom w ich życiowych kłopotach. Wysłuchiwał zwierzeń. Przejął się tym, co zawsze mówi znawca tematyki, etnolog, badacz sztuki tworzonej przez outsiderów, prof. Aleksander Jackowski o sztuce nieuczonej, że „w życiu takich twórców dzieło i osobowość przenikają się w stopniu nieporównywalnie większym niż u twórców profesjonalnych. Między nimi a tym, co tworzą, istnieje głęboki związek. Malują z siebie i dla siebie. Obraz czy rzeźba stanowią cząstkę ich życia”.

Cenna, niedoceniona Leszek Macak przyznaje, że najcenniejsze okazy sztuki samorodnej udało mu się zdobyć w latach osiemdziesiątych. Wśród jego kolekcjonerskich rarytasów są ekspresyjne rzeźby Karola Wójciaka zwanego Heródkiem, wioskowego odmieńca, outsidera szokującego prostotą i prymitywizmem artystycznej wypowiedzi. Anioły, Chrystusy Zmartwychwstałe, Madonny z Dzieciątkiem, syntetyczne, malowane intensywnymi barwami, toporne i niezdarne, fascynują brzydotą, ale dotykają sfery sacrum. Właśnie w latach osiemdziesiątych udało mu się powiększyć kolekcję o inne wybitne dzieła nie tylko Nikifora, Teofila Ociepki, ale Tadeusza Żaka, Ludwika Więcka, Marianny Wiśnios, Katarzyny Gawłowej, Ernesta Sówki i Mariana Grabowskiego. – Dziś do twórców najbardziej znanych za granicą, nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych, zaliczają się właśnie: Nikifor, Ludwik Więcek i Katarzyna Gaweł. Kilka tysięcy dolarów płacono dotąd na targach sztuki naiwnej w USA za dzieła klasyków polskiej sztuki nieprofesjonalnej. Obiekty te są najbardziej pożądane i kupowane przez Internet w ciemno – mówi Macak, który jednak najpiękniejsze rzeczy zostawia w kolekcji, choć inne sprzedaje albo wymienia. – Nasz rynek sztuki nieprofesjonalnej odstaje wyraźnie od zagranicznego. Różni się przede wszystkim liczbą galerii specjalizujących się w tej tematyce. U nas jest ich bardzo mało, za granicą wiele. Do tego dochodzą targi sztuki, najpopularniejsze „Outsider Art Fair” wNowym Jorku czy w Kolonii, a ostatnio odbyły się po raz pierwszy w Wiedniu i cieszyły się dużym powodzeniem – opowiada Leszek Macak, który ciągle poszukuje nowych, nie odkrytych jeszcze twórców. Wrankingu najlepszych w świecie instytucji muzealnych, popularyzujących zbiory sztuki naiwnej, przoduje „American Visionary Art Museum” działające w Baltimore, do prestiżowych zalicza się Museum of Art and Crafts z San Francisco, z kolekcji prywatnych Menil Fric wHouston i Nowym Jorku uważane są za najciekawsze. Zmalało natomiast zainteresowanie polskimi dziełami w Niemczech, skąd czasem polscy kolekcjonerzy przywozili po trudnych negocjacjach dzie- ła polskich samorodnych twórców, tam lepiej znanych i docenionych niż u nas.

„Indian” stoi zawsze Są jednak obiekty, z którymi Leszek Macak nie rozstałby się za skarby świata. To „Indian” – rzeźba naturalnej wielkości człowieka, która stoi w „Galerii d’art. Naif” na krakowskim Kazimierzu. – Zrobił ją Władysław Piróg, rzeźbiarz spod Dukli, który uważał, że nikt jeszcze nie zrobił „Indiana” (tak mawiał twórca i takiego oryginalnego tytułu rzeźby używa Macak). Obok „Indiana” kolekcjoner nigdy by się nie pozbył starej chłopskiej skrzyni z przełomu XVII/XVIII w. i „Dłoni Fatimy”, daru artysty intuicyjnego pochodzącego z Maroka. Wszyscy kolekcjonerzy i etnolodzy zgodnym chórem przyznają, że coraz trudniej o dzieła wykonane przez twórców „czystego serca”. – Nie ma ich, gdzieś zniknęli. Albo nie radzą sobie z rzeczywistością gospodarczą, albo właśnie ta rzeczywistość, pozwalająca na rozwinięcie na szerszą skalę działalności, wpędziła sztukę ludową w sztampę – próbuje zdefiniować problem Maria Zachorowska. – Młodzi się już do tego nie garną, nawet jak mają talent. Janusz, wnuk Antoniego Mazura – jego prace są na wszystkich kontynentach – mimo, że pięknie rzeźbi to nie tworzy, bo ma firmę budowlaną – podaje przykład Leszek Macak. Ewa Pogwizd z Paszyna ma 83 lata i jeszcze rzeźbi. To figurkę Matki Boskiej, to ptaszka. Jej rzeźby kupić można za niewygórowaną kwotę w istniejącej od półtora roku Galerii Archetyp, prezentującej polską sztukę ludową. – Nie idzie. Podobnie jak religijne obrazy na szkle malowane i kilkadziesiąt rzeźb polichromowanych innych twórców z Paszyna, zagłębia samorodnych talentów nieżyjącego już księdza Edwarda Nitki – śmieje się Elżbieta Dworak, prowadząca galerię dla przyjemności, przy okazji innych interesów. Z zawodu jest etnografem i pracowała w Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu, stąd sentyment dla „fenomenu paszyńskiego”, który stara się w Krakowie popularyzować. – Trafiają tu tylko przypadkowi klienci, a mimo niskich cen niewiele kupują. Obraz Eugeniusza Brożka, twórcy kieleckiego, kosztuje 900 złotych i wisi już osiem miesięcy. Nie ma nim żadnego zainteresowania, podobnie jak malunkiem Stanisława Koguciaka z Lubelszczyzny. To żaden interes – twierdzi Dworak, która uważa, że ceny sztuki ludowej w najbliższym czasie nie pójdą w górę.

Co warto mieć?
Gorące nazwiska sztuki naiwnej (według Leszka Macaka i Marii Zachorowskiej)
Obrazy Nikifora można kupić w zależności od poziomu pracy w granicach od 3 do 12 tysięcy złotych
Prace Teofila Ociepki – w granicach 10–12 tys złotych
Rzeźby Jędrzeja Wowro – to rzadkość, warta kilka tysięcy złotych
Obrazy nie żyjącej Doroty Lampart są rzadkością
Rzeźby Antoniego Mazura i Juliana Stręka, ceny od 300 zł w górę
Ptaszki i koniki Dionizego Purty od 15 zł wzwyż

Rady dla początkujących kolekcjonerów (według Leszka Macaka)
Zbierać tylko to, co się nam podoba
Dzieła artysty zmarłego osiągają ceny wyższe, bo ilość jego prac na rynku jest ograniczona
Uważać na fałszywki – szczególnie obrazów Nikifora
Odwiedzać wystawy i targi sztuki naiwnej w kraju i za granicą
Czytać literaturę fachową
Zdobyte dzieła przechowywać w suchych, ciepłych pomieszczeniach, delikatnie się z nimi obchodzić.

 

 

Szukaj
Logowanie

Raport
Raport z ostatnich badań sponsoringu kultury i sztuki opracowany przez Fundację COMMITMENT TO EUROPE arts & business - kto sponsoruje? co sponsoruje? dlaczego sponsoruje?jak postrzegany jest sponsoring?
więcej »
Ankieta
Działalność prokulturalna firmy, w której pracuję:

Wpływa na moją sympatię do niej
 26%

Jest jednym z powodów, dla której w niej jestem
 43%

Jest niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy
 6%

Wpływa na moją kreatywność
 11%

Daje mi wymierne korzyści
 9%

Jest mi obojętna
 6%


Copyright 2003-2010 COMMITMENT TO EUROPE arts & businessDeveloped by 305 Studio