WŁODZIMIERZ KICIŃSKI
PREZES ZARZĄDU NORDEA BANK POLSKA
Wierzył Pan w 1989 r., że prosto ze stypendium na Uniwersytecie w Moguncji wróci do zupełnie innej Polski? 
Wszystko na to wskazywało. W 1987 r., jako 27-letni młody człowiek, w obecności ówczesnego premiera Messnera powiedziałem odważnie: to potrwa jeszcze dwa lata. I rzeczywiście, choć brzmi to zaskakująco, nie pomyliłem się. W 1991 r. otrzymałem propozycję pracy w Narodowym Banku Polskim na stanowisku dyrektora departamentu zagranicznego. Miałem zajmować się przede wszystkim bilansem płatniczym, rezerwami walutowymi i kursem złotego. To była na pewno najciekawsza praca, jaką miałem w życiu. Przygotowywałem pierwszą dużą dewaluację złotego. Byłem tak zwanym kursmenem.
Kursmenem?
Po dewaluacji złotego z maja 1991 r. rozpoczęliśmy prace nad wprowadzeniem mechanizmu kursu walutowego tzw. pre-announced crawling peg, który zakładał kroczącą deprecjację kursu naszej waluty. Trzeba było uczynić złotego bardziej przewidywalnym i ograniczyć ryzyko kursowe, na które były narażone podmioty gospodarcze. W tym celu wprowadziliśmy stałe obniżanie wartości złotego w tosunku do dziennej wartości koszyka walutowego. Projekt był bardzo nowatorski. W przeddzień wprowadzenia tego mechanizmu byliśmy z ówczesnym prezesem NBP Andrzejem Topińskim na sesji Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Bangkoku. Szef Funduszu zapytał prezesa, jak ten mechanizm działa. A on, zgodnie ze stanem faktycznym, odpowiedział: nie wiemy, ponieważ będzie on działał od poniedziałku, a dziś jest niedziela.
W końcu trafił Pan do bankowości komercyjnej.
W 1994 r. opuściłem NBP i przeszedłem do sektora komercyjnego. Zakładałem HYPO-BANK w Polsce, bijąc rekord: cztery miesiące od wydania licencji do uruchomienia działalności operacyjnej. Przez prawie cztery lata byłem odpowiedzialny za bankowość korporacyjną i detaliczną w BGŻ, gdzie przygotowywałem projekt ekspansji małych placówek detalicznych – Integrum. Od 2002 r. rozwijam działalność Nordea Bank Polska.
W jakim kierunku zmierza Nordea?
Kurs banku Nordea określa jego wewnętrzny kompas – wartość firmy. W odniesieniu do klienta, który jest w centrum naszej uwagi, jest to budowanie dobrych relacji i wspólne doświadczenia. W przypadku pracowników tworzymy jeden zespół i niezależnie od tego gdzie działamy; w innym oddziale, mieście, regionie czy kraju.
Dążymy też do tego, by być bankiem odpowiedzialnym społecznie, ale nie chcemy być jedynie sponsorem, lecz partnerem przedsięwzięć ważnych społecznie. Obecnie realizujemy dwa kluczowe projekty – budowania satysfakcji klientów i szybkiego rozwoju sieci. Przed dwoma laty mieliśmy 40 placówek, rok temu podwoiliśmy ich liczbę do 80, a w 2008 r. otworzymy kolejnych 60. Projekt Turbo, bo tak go nazywamy, ma sprawić, że w głównych polskich aglomeracjach będziemy w stanie, zgodnie z misją Nordea, stwarzać możliwości kilkuset tysiącom nowych klientów.
Chwyciliście wiatr w żagle?
Rzeczywiście mamy dobrą passę, ale to nie znaczy, że możemy spocząć na laurach. Cały czas przygotowujemy nowe produkty, nowe usługi, stwarzamy coraz to nowe możliwości dla naszych klientów. Pracujemy tak, aby i nasz zespół, i technologia były przygotowane i równie skuteczne w kursie na wiatr, kiedy nie wszystko sprzyja osiąganiu sukcesów. Jeśli ktoś nie jest dobrym żeglarzem, dużo traci.
BOHATERÓW LITERACKICH MAM TYLKO DLA SIEBIE
Podobno nie lubi Pan odpowiadać na pytanie o ulubionych bohaterów literackich. Nie jest to kwestia niechęci do odpowiedzi, ale tego, że bardziej fascynują mnie postaci prawdziwe, które odcisnęły swoje piętno w dziejach innych ludzi. W takim razie co Pan czyta?
Czytam dosyć dużo. Najczęściej są to książki historyczne, biograficzne. Zwłaszcza literatura wspomnieniowa dostarcza wielu zaskakujących spostrzeżeń i ciekawych przemyśleń, które można zastosować w życiu. Lubię poznawać historie Polaków, którzy doprowadzili do odzyskania niepodległości przez Polskę po 123 latach niewoli.
Nie tylko tych z pierwszej linii, jak Piłsudski, ale też postaci drugoplanowych, jak Franciszek Sokół, który był pełnomocnikiem rządu do spraw rozbudowy Gdyni. Czytuję też poezję romantyczną. Lektury to chyba najprzyjemniejszy sposób spędzania wolnego czasu i moje prawdziwe hobby. Tę pasję podzielają wszyscy członkowie rodziny, dlatego zawsze w maju wspólnie z dziećmi odwiedzamy Targi Książki i każde z nas dźwiga później do domu plecak w pełni wyładowany nowymi, nieznanymi jeszcze przeżyciami.
Ma Pan jakieś ulubione miejsca, gdzie zawsze warto się wybrać?
Z żoną lubimy odwiedzać targi staroci. Pasje dobrze jest z kimś dzielić. Byłem w zeszłym tygodniu na Kole i oglądałem starą tapiserię. Temat wskazywał, że dzieło było inspirowane „Strażą nocną”. Zachowały się fragmenty – dwóch gwardzistów i postać matki z dzieckiem. Suknia kobiety została zniszczona, więc doczepiono w jej miejsce inną tkaninę z motywami antycznymi. Dziś wydaje się, że to stara sztuka, a dawniej w jakimś mieszczańskim domu był to po prostu przedmiot użytkowy, który miał ocieplać ścianę. Widać więc, że dobre rzemiosło z czasem nabiera walorów sztuki. Ostatnio udało mi się kupić rzeźbę XVIII-wiecznego anioła. Lubię rzeźbę w drewnie. Rzeźba niesie zupełnie inny rytm niż codzienność. Wydaje mi się, że do doznań artystycznych, jakie ona przynosi, trzeba po prostu dorosnąć.
Gdzie spędził Pan dzieciństwo?
Wychowywałem się na obrzeżach wielkiego miasta. Czas szkoły podstawowej wypełniały mi nauka i sport. Ponieważ szybko się uczyłem, po odrobieniu zadanych lekcji, mogłem do końca dnia jeździć na rowerze, grać w siatkówkę bądź w piłkę nożną. Starsi koledzy z podwórka nie pozwalali grać w drużynie słabszym, musiałem więc starać się podwójnie, by im dorównać. To była prawdziwa lekcja sportu i charakteru. Podczas wakacji z dziadkiem piłowałem i rąbałem drewno, a później, siedząc pod rozłożystym orzechem, rozgrywaliśmy z zapałem kilkanaście partii szachów. Byłem, jak widać, wszechstronnym sportowcem.
Czy dziś znajduje Pan czas na sport?
Grywam w piłkę, trochę biegam, jeżdżę na nartach, czasem żegluję. Żałuję, że nie poświęcam dość czasu na sport. Natomiast chciałbym kiedyś przeżyć ostry rejs morski. Pracuje Pan w Gdyni – rejs morski jest więc w zasięgu ręki. Namiastką morskiej przygody są krótkie wyprawy żeglarskie z klientami banku, które już od lat organizujemy w Nordea. Wtedy jest okazja, żeby wspólnie zasmakować morskiego żywiołu i w dobrej atmosferze pozmagać się z Bałtykiem.
Autor zdjęć: Małgorzata Pytel