Materiał powstał na podstawie rozmów towarzyszących realizacji projektu
BIZNES W OBIEKTYWIE - LIDERZY BANKOWOSCI, przeprowadzonych przez Fundacje COMMITMENT TO EUROPE arts & business oraz firmę doradczą Delloite
Dlaczego wierzy Pan w świętego Mikołaja?
Jak trafił Pan do bankowości?
To był przypadek, skończyłem studia prawnicze i wciąż zastanawiałem się, co będę robił dalej. Poszedłem na pierwsze interview, które okazało się moim ostatnim i jedynym, bo dostałem pracę w Fortis Banku w Belgii, skąd pochodzę. Zostałem zakwalifikowany na szkolenie menadżerskie. Przez trzy lata poznawałem departamenty, oddziały, kraje, uczyłem się funkcjonowania banku. Po roku rozpocząłem międzynarodowy program w London School of Economics, a potem podjąłem pracę w banku w Meksyku, w Singapurze i we Francji.A w jaki sposób znalazł się Pan w Polsce?
Pracowałem prawie sześć lat we Francji, byłem tam odpowiedzialny za marketing dla klientów indywidualnych i małych przedsiębiorstw. Pewnego dnia otrzymałem propozycję przyjazdu do Polski. Uznałem, że to przeznaczenie. Do przyjazdu zachęcała mnie moja 80-letnia matka. Mówiła: Alex, Polska to wielki, ważny kraj, musisz tam jechać. Zresztą sądzę, że gdybym nie był z pochodzenia Łotyszem, pewnie centrala nie przysłałaby mnie do Polski. Szefowie chyba myśleli, że to blisko, więc pewnie kultura i wartości są podobne. Jestem bardzo zadowolony z tej decyzji.Po latach w grupie pewnie łatwo Panu wskazać, co wyróżnia polski Fortis Bank?
To jeden z niewielu polskich banków, które powstały od zera. Został założony 17 lat temu przez prywatnych przedsiębiorców, wspartych przez Enterprise Investors. Cały czas widać, że to prywatna inicjatywa i że nasz bank chętnie pomaga przedsiębiorcom. Często uczestniczę w programach dla nowych pracowników, aby im pokazać, że najważniejszą rolą banku wcale nie jest zysk netto, ale pomoc klientom w robieniu dobrych interesów.Z drugiej strony Fortis Bank jest elementem międzynarodowej struktury finansowej.
Większość banków działa na zasadzie bilateralnej, a my jesteśmy bardziej jak sieć. Każde nasze centrum biznesowe, w Bilbao czy Katowicach, zapewnia taką samą obsługę, produkty, klient ma analogiczny serwis i dostępność usług. Sieć Fortis jest jedną z większych w Europie, liczy 130 centrów. Obsługujemy głównie spółki o kapitale mieszanym, o międzynarodowym zasięgu, choć np. w Rzeszowie aż 90 procent klientów to polskie firmy. W bankowości detalicznej stawiamy na jakość i doradztwo. Czujemy się polskim ekspertem do spraw funduszy unijnych.Jak chciałby Pan być postrzegany jako szef?
Jako uczciwy i sprawiedliwy. Szef moim zdaniem raczej powinien wspierać, inspirować pracowników, a nie kontrolować.PRZECZYTAM PANA TADEUSZA
Lubi Pan gotować? Robię to dla przyjemności. Dobrze sobie radzę z kuchnią azjatycką i włoską. Polskich potraw jeszcze nie gotuję, chciałbym się nauczyć gotować żur, taki prawdziwy, z grzybami. Gotowanie i wspólne jedzenie są bardzo ważne, bo to od nich zaczęła się kultura.
Skąd Pańska rodzina wzięła się w Belgii?Po wejściu Rosjan na Łotwę w 1944 r. moi rodzice, dzięki pomocy biskupa, wyjechali za granicę. Chodziło o to, żeby zachować łotewską inteligencję na Zachodzie. Rodzice, choć chcieli wyemigrować do Stanów, Kanady, Szwecji albo do Australii, zostali w Belgii. Ojciec pracował w College of Europe w Brugii, gdzie rodzice zamieszkali na stałe. Miasto jest podobne do Rygi, też hanzeatyckie i morskie.
Czy łotewskie pochodzenie jest dla Pana ważne?Do 25 roku życia miałem kłopot z tożsamością. Dopiero później zrozumiałem, że liczą się korzenie. Teraz czuję się Belgiem łotewskiego pochodzenia. Gdyby Łotwa grała w piłkę z Belgią, kibicowałbym Łotwie, bo to mniejszy kraj. Lubię przyjeżdżać na Łotwę, ponieważ przeniosła się tam moja matka, ale w Polsce mam pracę, a w Belgii najwięcej znajomych.
Czy znajduje Pan czas na życie towarzyskie i sprawy pozasłużbowe?Na początku kariery, kiedy pracowałem w Belgii i uważałem, że konwenanse wymagają nawet w weekend mojej służbowej obecności w różnych miejscach. Teraz nie mam problemu, aby odmówić wyjścia firmowego w weekend. Jestem przekonany, że potrzebujemy nowej energii i wiem, że weekendy są dla rodziny i bliskich.
Czy interesuje się Pan sztuką, jaka jest Pana ulubiona książka?Cenię taniec nowoczesny i w ogóle sztukę nowoczesną, także komiksy i sztukę wideo. Tylko ze współczesnym malarstwem mam kłopot, bo chyba go nie rozumiem. W Warszawie podobają mi się wystawy w Zamku Ujazdowskim, często oglądam tam świetne prace polskich twórców. Zresztą nawet palma na rondzie de Gaulle’a wywołuje więcej emocji niż pomnik generała, co oznacza, że bardziej jest sztuką. A książka to zdecydowanie Władca pierścieni. Jest w niej wszystko: marzenia, wyzwania, drużyna, mityczne wydarzenia i szekspirowskie charaktery. Lubię i książkę, i film.
Na co wykorzystałby Pan dodatkowy dzień, gdyby miał go tylko dla siebie?Na bardzo długi, 20-30-kilometrowy, wielogodzinny spacer po lesie. Taki marsz jest oczyszczający, robi porządek w głowie. Kiedy się idzie i nie ma nic do zrobienia, przychodzą do głowy rzeczy, które na co dzień uciekają. Teraz udaje mi się tylko pochodzić od czasu do czasu przez 2-3 godziny dziennie.
Co dla Pana jest luksusem?Akceptuję luksus, ale osobiście go nie potrzebuję. Jeśli jest to OK, jak nie ma, też w porządku. W gruncie rzeczy nie znoszę przepychu i nadmiaru, to nie jest potrzebne do szczęścia.
Ile Pan zna języków?
Niektórzy powiedzieliby, że siedem, ale tak naprawdę to sześć. Znam łotewski, niderlandzki, francuski, angielski, niemiecki, trochę hiszpański i teraz polski. Miałem 400-500 lekcji polskiego i jestem zdeterminowany, aby się go nauczyć. Nie rozumiem obcokrajowców, którzy mieszkają tu 10 – 15 lat i mówią tylko dzień dobry i do widzenia. Teraz muszę nadrobić wiedzę o polskiej kulturze, historii i pracować nad gramatyką. Gazety czytam, literatura piękna jest dla mnie jeszcze za trudna. Dostałem od pracowników Pana Tadeusza i chciałbym go przeczytać.fot. Michał Bojara